środa, 8 lipca 2009

Auschwitz Puffem przyćmiony

Pisał Tadeusz Borowski, z perspektywy Auschwitz, że jeśli sprawy źle się potoczą „nikt o nas [więźniach] wiedzieć nie będzie. Zakrzyczą nas poeci, adwokaci, filozofowie, księża. Stworzą piękno, dobro i prawdę. Stworzą religię”. Zapomniał chyba Borowski dodać, że skończyć się to może i komedią także. Widmo czarnego humoru nad Auschwitz chichocze? Przynajmniej w tych chwilach, kiedy relacje osadzonych w kacetach, traktowane są jako treści ukryte, które dopiero dzisiejsza perspektywa czy metoda potrafi odkodować. Poddać właściwej analizie i wykładni. Okazuje się wówczas zwykle, że więźniowie nie uświadomili sobie prawdy, jaka spotkała ich za drutami. Nie odgadli sytuacji własnej i cudzej. A w swych wspomnieniach przekazali nieautentyczny obraz rzeczywistości, zamazany choćby mitologią patriotyczną bądź mitologią dominującej kultury albo czymś jeszcze, co dopiero współczesna psychologia czy inna idea potrafi wyjaśnić dla teraźniejszych potrzeb.
W ramach takich warsztatów czy happeningów, „dobiera się” do Auschwitz Agnieszka Weseli. Pani od gender studies, historyczka seksualności. „Dom publiczny i homoseksualiści w KL Auschwitz”, „Seksualność w nazistowskich obozach koncentracyjnych”, a przy okazji, „Doświadczenia osób transseksualnych w toaletach publicznych”. Sama o sobie mówi, że jej przegląd zarchiwizowanych wypowiedzi na temat auschwitzowego puffu (to jest domu publicznego) okazał się być „wysiłkiem pionierskim”. Tyle, że odkrycia te nie posiadają z perspektywy historycznej lub literackiej żadnej nowości i sensacji. (Pisał już o tym dość dobitnie choćby przywołany Tadeusz Borowski, a Wiktor Suworow wskazuje, iż "zalecenia i dyrektywy hitlerowskiego Sztabu Generalnego, dotyczące zaspokajenia potrzeb seksualnych wojska" - bo z tej wyżyny wydano rozporządzenie o utworzeniu domu uciech między innymi w Auschwitz - znajdują się w archiwach Fryburga. Pomijając więc te ostatnie, owe "wysiłki pionierskie" wykazują już w punkcie wyjścia swą słabość i mogą być przez to skazane na powierzchowność). Weseli prezentuje w zamian wnioski, trzymające się litery praw gender, rozgrywane - dla niewtajemniczonych - osobliwą frazeologią albo – jak kto woli – nowomową.
Z przesłania, które zdołałem u autorki przeczytać, Auschwitz objawia się jako „zseksualizowany rytuał przemocy”. Niejako w sposób scharakteryzowany przez Giddensa, kiedy mówi o „władzy fallusa” rozumianej na sposób „aroganckiej dominacji męskiego doświadczenia seksualnego”. Najbardziej pokrzywdzonymi w obozie były bowiem kobiety, które umieszczono we wspomnianym puffie. Aby udramatyzować przekaz, Weseli wykorzystuje grę słów. Choćby wtedy, gdy określenie Sonderbau – budynki specjalnego przeznaczenia, gdzie między innymi ulokowano puffy oraz określenie Sonnderkomando – grupy głównie żydowskich więźniów obsługujących komory gazowe i krematoria, integruje na wspólnotę. Wspólnotę największego w kacecie koszmaru, zafundowanego żywym. Można by jednak powiedzieć znów za Borowskim, że kiedy człowiek „nie zna proporcji między rzeczami i zjawiskami” w obozie, „czepia się znaczenia słów, jakby one stanowiły rzeczywistość”. Tamtą rzeczywistość. I dlatego dodaje dalej: „Zawsze lepiej niż łopatą robić o misce zupy”. Celnie to ujął, ponieważ w Auschwitz delikatność radykalnie ustąpiła brutalnym realiom. I bynajmniej nie chodzi tu o potępianie lub usprawiedliwianie ludzi, ani tamtej rzeczywistości czy o prawienie morałów, jakie to były czasy i sytuacja. Ale Agnieszce Weseli idzie właśnie o wartościowanie. O atak na kwestię tabu, którym ten konkretny, seksualny wątek Auschwitz został objęty. Objęty przez opresyjną kulturę. „Kto przeżył obóz? - pyta historyczka. „Dojrzali, uszlachetnieni cierpieniem” - odpowiada - „Ci, którzy wiedzą, dlaczego ucieczka z obozu (choć naraża towarzyszy i rodzinę uciekiniera) jest lepsza niż pójście do burdelu czy zostanie kochankiem funkcyjnego. Dla ocalałych ratunkiem jest zakorzeniony w polskiej tradycji, uświęcony romantyzm, który nie uwzględnia wolności indywidualnego działania, pozbawionego sankcji moralnych” .
Jak na ideolożkę przystało, Weseli buduje doktrynę od podstaw - wykorzenionych zresztą. (Bo„trauma obozów wciąż jeszcze nie została wyrażona […] nie ta najgłębsza”). Wnioskując o prawdzie na bazie archiwalnych wypowiedzi, w zakresie obozowego burdelu, metodologicznie odrzuca relacje męskie, uznając je za synonim nieuatentyczności czy przekłamania oraz usprawiedliwiania siebie. Kobiece zaś (więźniarek spoza puffu), jako nieuświadomione. Też bodaj skażone kulturą męskiej dominacji. Innymi słowy – jedne i drugie w swej formie i treści nie pasują do narzuconego przez autorkę szablonu odczytywania komunikatów. Sama więc kreuje ich wartość i interpretację, ale na podstawie tego, co nie zostało dla niej wprost wyrażone. Weseli chce usłyszeć to, czego byli więźniowie i więźniarki nie powiedzieli lub nie dopowiedzieli w zachowanych relacjach. Ogranicza się tym sposobem do osobliwych dywagacji, podpartych też własnymi (genderowymi) uprzedzeniami. Wątpliwej to jakości literatura zdzierania masek. Ale dla Weseli jest to prawda objawiona.
„Gromadzący „Oświadczenia” i ich autorzy poszukiwali prawdy i obiektywnego spojrzenia na obozową przeszłość” – pisze Weseli - „Jednak, zwraca uwagę Lukacs, opowiadanie przeszłości jest zawsze jakoś umotywowane, umocowane na ideologii, czemuś służy. Narracja historyczna nie opowiada o przeszłości, lecz o teraźniejszości, a byli więźniowie opowiadają nam "prawdę" – o sobie. Niewiele różni ich (i każdą) narrację od performatywnych wypowiedzi, wyborczych sloganów, reklam. Nigdy nie są to czyste, niezaangażowane słowa, opowieść ma znaczenie sprawcze: chcę, żeby tak było, jak mówię. Jestem taki, jak mówię. Kto wypowiada swoje "Doświadczenia"? Sami porządni ludzie”.
György Lukács (twórczość którego Leszek Kołakowski określił jako zdradę rozumu), wystawił swoją metodę dialektyczną przeciw mentalności burżuazyjnej, w której poddaje krytyce fakty i empiryzm. I dlatego także „największym złem społecznym jest język, w jakim kapitalizm się wyraża” (Scruton). Lukács, choć z autopsji wiedział pewnie, iż „opowiadanie przeszłości jest zawsze jakoś umotywowane”, odnosił swą metodę zasadniczo do sfery zwalczanego przez siebie systemu. Paradoks jego dialektyki polega na tym, że metoda ta dobrze nadaje się również do usprawiedliwień dla funkcjonalności sowieckich łagrów i ludzi nadzorujących w nich więźniów. (Wszak Lukács usprawiedliwiał czerwony terror). Stosowność jego metody do Konzentrantionslager jest więc adekwatna. Chcąc nie chcąc, jest to forma ujarzmiania ofiar kosztem wybielania ich oprawców. Bo kiedy to, co zaproponował Lukács i rozwinęła z niego Weseli, odnieść przykładowo do relacji Miklósa Nyiszli (żydowskiego więźnia Auschwitz-Birkenau będącego asystentem dra Mengele), okazuje się, że stanowią one tylko coś na podobieństwo bezproduktywnych sloganów wyborczych czy znaczeń sprawczych, typu hokus pokus. Z takiego potworka metodologicznego można przejść wprost do stwierdzenia, iż Mengele to nie od razu przestępca, jeno ktoś taki, jak jego królik doświadczalny. A ofierze jego „eksperymentów” nie tak łatwo przysługuje status pokrzywdzonego. Potwierdza to dalszy ciąg wykładu Weseli, która uzasadnia: „Michel Foucault uświadamia, że pewien rodzaj faszyzmu "jest w nas wszystkich, [...] w naszych umysłach i w naszym codziennym zachowaniu, faszyzm, który sprawia, że zakochujemy się we władzy i pragniemy tego, co nas dominuje i wykorzystuje". Trauma pobytu w Auschwitz – czytamy w "Oświadczeniach" – nie powinna być udziałem tak porządnych ludzi: nie zasłużyli na molestowanie czy gwałt. Ciągnąc dalej to rozumowanie: [więźniowie] byli równi swym oprawcom, nie gorsi, i tak samo jak tamci uprawnieni do porządkowania społeczeństw w oczyszczone z szumowin, silne narody”.
Przy innej okazji - także dla potrzeb intelektualnych - wymyślono zbieżny frazes pod tytułem: „Eichmann jest w każdym z nas”. Faszyzm więc naszych dusz nie wydaje się być przy tym znacząco kontrowersyjny. Budzi jednak, niestosowny może, uśmiech. Bo „ciągnąc dalej to rozumowanie” autorki, wedle której więźniowie „byli równi swym oprawcom, nie gorsi” i tak dalej, trzeba tylko przytaknąć, iż ofiara tak zwanych eksperymentów Josefa Mengele (trzymając się nadal tego przykładu), to właściwe … dr Mengele. Przez darwinizm społeczny jeno lub przez jakieś prawa konkurencji jeden Foucaultowy "faszysta" odnalazł się w kitlu, a drugi w pasiaku. W takich okolicznościach interpretacyjnych, może je przewidując albo już dostrzegając, trafia ze swą opinią Primo Levi, mówiąc, iż od ludzi, którzy przeżyli obozowe piekło, nie należy wymagać tradycyjnej obiektywności. Raczej zaś tego, co "leży pomiędzy skargą, przekleństwem, pokutą i staraniem się o usprawiedliwienie i odzyskanie własnej godności". W innym z kolei miejscu dodaje: "Prześladowca pozostaje prześladowcą, a jego ofiara pozostaje ofiarą: nie można ich ról zamieniać; kat powinien być ukarany i potępiony (a także, jeśli to możliwe, zrozumiany), ofierze natomiast należy współczuć i pomóc; co jednak nie zmienia faktu, że zarówno prześladowcy, jak i ofiary [...] odczuwają potrzebę jakiegoś schronienia i obrony, i instynktownie próbują je znaleźć". Tyle, że w rozumowaniu Agnieszki Weseli, słowa te wypowiedział znów były więzień Auschwitz - czyli świadek niezbyt wiarygodny - więc pozostaje alternatywa lub może paradoks, czy w tematyce Konzentrationslager specjalistka od puffu jest moralnie bardziej przekonująca?
Nie twierdzę, że pani Weseli zmierzała bezpośrednio do takich uproszczonych wniosków. Zwyczajnie może, tak wyszło. Za sprawą wykorzystanej dialektyki czy "metody" albo i z powodu promowania swego na siłę. Niebezpieczna to broń w dyskusji, którą można się postrzelić.
Autorka zasadniczo wykorzystuje koszmar (aby powiedzieć dosadnie: gnojonych, zarówno homo-, jak i heteroseksualnie) więźniów dla doktrynerskich potrzeb studiów gender. Jest to kolejna próba „prywatyzacji” cudzych przeżyć i cierpień, wyniesionych z epoki Konzentrationslager. Za sprawą następnego kolektywu samozwańczych "sprawiedliwych", którzy roszczą sobie pretensje do reprezentowania we współczuciu dobranych ofiar, co do których nie ma się żadnej pewności, iż chciałyby mieć ideologicznych reprezentantów swojej sprawy.
Parodia taka kończy się nierzadko karykaturą własnej parodii. Oto wybrany, z niektórych osobliwych komentarzy, wpis pod jednym z tekstów Agnieszki Weseli w necie (pisownia oryginalna):
„Pamiętam jak jedna z uczestniczek Powstania Warszawskiego napisała we wspomnieniach (niewydanym maszynopisie) o tym, że miała okres i nie mogła wyprać materiałowej podpaski. Cała masa kombatantek wyraziła swoje oburzenie, że o tym sie nie powinno pisać, kogo to obchodzi i że to profanacja historii. Szkoda, bo to było życie codzienne, tak ja domy publiczny w Auschwitz, o którym też niektórzy chcą zapomnieć”.


W oparciu o:
Agnieszka Weseli, Puff w Auschwitz, Polityka.pl, 1 lipca 2008.

Brak komentarzy: