Romans czy szerzej związek Hanny Arendt z Martinem Heideggerem jest zwykle traktowany podniośle, wręcz patetycznie. Niczym przejaw wielkiej filozofii, bo i przez umysłowych potentatów wytworzony. (Niemniej, sam w sobie, jest pewnie intrygujący). Arendt znalazła się u Heideggera w Marburgu, ponieważ miały ją zainteresować pogłoski o jego myśleniu. Jaspers – ze swych relacji z Heideggerem – szybko miał jednak wywnioskować, że nie o ideę w filozofii Heideggerowi idzie, jeno o osobistą karierę. (No, ale pewnie jest to kwestia sporna, bo przecież, aby podtrzymywać myśl, należy się spierać).
I w takich właściwie warunkach spotkała się panna Arendt z panem Heideggerem. Wykłady okazały się pociągające. Arendt powiedziała gdzieś potem, że kiedy udała się po konsultacje filozoficzne do mistrza, ten nie zapalił światła, gdy zapadł zmierzch. (A Leszek Kołakowski znów później zauważył, iż filozofii Heideggera nie rozumiał). Profesor padł na kolana i pocałował studentkę, a pocałunek został odwzajemniony.
W konsekwencji rozpoczęła się korespondencja. Heidegger pisał o sprawach sercowych w taki sposób, że w niektórych momentach nie da się tego czytać. Z jednej strony trudno uwierzyć w autentyczność tych rzeczy, z drugiej są to zwyczajne banały. "Wszystko między nami – stwierdził – powinno być proste, jasne i czyste”. Wiadomo, że takie nie było. Bazgroły w podnieceniu wypisywane. Dalsze konotacje tego związku chyba to potwierdzały. (Choć znawcy znów mogą wyrażać swój sprzeciw, że o dramatyczne wybory tu chodziło, wewnętrzne spory czy coś takiego, nieprzystępne ludziom niewychowanym na niemieckiej filozofii). Heidegger nie chciał robić zadymy wokół romansu, bo to jego karierze by zaszkodziło, jak i stabilnemu pożyciu małżeńskiemu. Dość tchórzliwe, ale na tyle także żałosne, że wręcz komiczne. Po latach - jak to zwykle bywa - i tak wszystko wyszło na jaw.
Biografka Arendt, Laure Adler, napisała wprost, iż Heidegger był w ogóle hobbystą studentek. Zatem Arendt nie stanowiła pod tym względem wyjątku. (Romanse mistrza z innymi studentkami może były nawet bardziej zajmujące). Tak się potem złożyło, że wielką myślicielką została, więc i temu romansowi wielką gębę dodano. Może też wbrew Arendt i Heideggerowi.
I tyle, z całej powagi tej marburskiej historii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz