niedziela, 8 marca 2009

"Czy ta pani jest nazistką?"

"Eichmann w Jerozolimie", pióra Hannah Arendt, wzbudził swego czasu wiele emocji i kontrowersji. Obecnie, jeśli okazjonalnie jeszcze niektórych ta lektura zaciekawi,  to raczej znów, aby zgorszyć, a niechęć do niej nie wychodzi zwykle poza krytykę ówczesną. Rzec można: tradycyjną. Przeważające i chyba jednak histeryzujące zarzuty, sprowadzają się do nieżyczliwego ponoć potraktowania Żydów przez Arendt tudzież do łagodnego scharakteryzowania przez nią nazistowskiego zbrodniarza. 
Jeszcze po 40-tu latach od opublikowania przywołanej książki, jeden z autorów "w przełomowej analizie historycznej" tyczącej biografii Eichmanna, twierdzi, że podłożem uprzedzeń Arendt względem Żydów, zwłaszcza tych z Europy Wschodniej, były te same motywy rasistowskie, które cechowały … Adolfa Eichmanna. Wywody z tej serii ograniczają się do ataków na osobę autorki, do tego, jaka to ona była, pomijając zasadniczo próbę zrozumienia jej myśli. Sama Arendt utrzymywała, iż "komedię" wokół jej "nienawiści do narodu żydowskiego" opierano o wyobrażenia na temat przywołanej książki, a nie w oparciu o bezpośrednią jej lekturę.
Niemniej "Eichmann w Jerozolimie" nie należy do tych pozycji, które swobodnie można potraktować określonym schematem, jak choćby metodą Freuda, co już bezskutecznie ktoś ponoć próbował uczynić. Ta książka - kontrowersja to może znów osobliwa - kwalifikuje się do zjawiska, które zasadniczo da się określić rozrywką intelektualną. Do tego, co Maria Ossowska podsumowała refleksją: można pytać o wszystko, z wszystkiego można robić zagadnienie i można pytać natarczywie dalej, chociaż inni są już zaspokojeni. Jest tym również zabawianie się myślą dla niej samej, dla potrzeb oraz w granicach refleksji i wyobraźni. Niewykluczone, iż przy okazji twórczości Arendt, a przy "Eichmannie" wręcz ostentacyjnie, rozrywka ta właśnie była demonstrowana. "Nie ma niebezpiecznych myśli; niebezpieczne jest samo myślenie […] myślenie jest jednakowo niebezpieczne dla wszelkich ustalonych wierzeń i przekonań, samo zaś, jako takie, nie tworzy żadnej nowej wiary" – pisze Arendt. Arystoteles mógłby dodać, że podporządkowywanie rozważań czemukolwiek innemu niż intelektualne ćwiczenia, podobne jest do niewolnictwa.
Nie wszyscy jednak, w tym zawodowi teoretycy, takie stanowisko podzielają. "Eichmann w Jerozolimie", jeśli nawet zaczynał swą egzystencję od rozrywki, szybko stał się przedmiotem rozmaitych rozgrywek. To jest – nie wchodząc w charakterystykę grup, które w tym uczestniczyły – podporządkowywania dyskusji czemu innemu, niż chęć zrozumienia bądź obalenia pewnego poglądu w oparciu o dostępne argumenty. Zresztą, w którymś momencie, zdaje się, że także Arendt wkręciła się w owe rozgrywki, improwizując debatę. Niezupełnie się zdystansowała do krytyki? A może świadomie chciała coś rozgrywać … Kiedy o książce zrobiło się głośno, wchodząc w dyskusję z różnymi osobistościami i grupami, które reprezentowali, sprawa nie mogła pozostać apolityczna.
Jednak zabawy a priori mogą być właściwym kluczem do zrozumienia tego, co poczynała sobie Arendt przy okazji pisania "Eichmanna". (Nieprzewidując następstw takiej igraszki). Była ona typem intelektualistki odgrywającej rolę niezależnej od różnych nurtów filozofii, polityki czy ideologii, że trudno ją zakwalifikować do którejkolwiek z nich. Jednocześnie nawiązywała do rozmaitych tradycji, czerpiąc z nich niekiedy pełnymi garściami. Bez tego przecież, jej rozrywka intelektualna, nie mogłaby zaistnieć. I dzięki temu powstało też dzieło inne aniżeli światopogląd ostateczny. Wolne od "ochoty na wyciąganie morałów", a w niektórych momentach boleśnie obnażające - mówiąc Platonem - iż ze spraw ludzkich nie można wszystkiego brać na poważnie. W zarysowanej problematyce "Eichmanna w Jerozolimie" pojawiły się osobliwości i paradoksy, przy okazji których Arendt mruga okiem do czytelnika. To jest ważny aspekt tej książki.
Kiedyś napisała o sobie, że jeśli miałaby się "skądkolwiek wywodzić, to z tradycji filozofii niemieckiej”. Zatem niewątpliwe także z tego poglądu Kanta, gdy twierdzi, iż wszelka wiedza jest czymś „własnej roboty”. Jest też pewnie kwestią otwartą, na ile działo się to za sprawą stricte wolnego myślenia, a na ile przez przesadną próbę bycia oryginalną czy przez arogancję samej Arendt, w czym dopatrywał się Jaspers jej motywów wyjazdu do Jerozolimy. Ale przecież zarozumiałość jest jawną przypadłością większej części intelektualistów. Wcale więc nie musi ona zaprzeczać opinii Arendt o sobie, wedle której doszła do swych przekonań "wyłącznie o własnych siłach". Być może nawet bez "autorskiego" zuchwalstwa nie powstałaby rzecz tak dyskusyjna, jak "Eichmann w Jerozolimie".
Cóż więc dalej w tym klimacie? Ano chyba - jak ujął to Roman Ingarden (podobnie do Arendt, uczeń Husserla) - "trafne i wierne zrozumienie cudzej myśli, zanim się dojdzie do ewentualnego jej odrzucenia lub uznania, jest pierwszym warunkiem dyskusji rzetelnej i naprawdę wolnej [...] Wola zapoznania się niejako w oryginale z cudzym stanowiskiem […] jest pierwszym warunkiem wyzwolenia się od własnych przesądów i uprzedzeń, ale zarazem jest też pierwszym warunkiem prawa domagania się, by nasze stanowisko zostało w równie swobodny sposób zrozumiane i przemyślane, jak prawo do tego ma stanowisko cudze".
"Eichmann w Jerozolimie" okazuje się być jednym z tych dzieł, które odczarowuje się przez … samo jego czytanie. Luźne nawet podejście fenomenologiczne – mające coś z dziedziny rozrywki intelektualnej – wydaje się być adekwatne do tej sytuacji. Wiele bowiem narosło interpretacji i stereotypów wokół relacji Arendt z procesu zbrodniarza, nie wiadomo więc już czasem, co w tym jest z niej samej, a co komentarzami innych, które wręcz przeszkadzają niekiedy w odczytaniu rozważań autorki.
W warunkach takich powstało, co najmniej kilka głośnych – i jak się wydaje – błędnych opinii na temat niektórych spostrzeżeń Arendt. Jedną z nich jest choćby ta, wedle której autorka "Eichmanna" utrzymywała, iż typ zbrodniarza (przeniesiony z historii nazistowskich Niemiec na rozumienie uniwersalne), sprowadza się do życia "normalnego człowieka". Takiego, jakim rozumiemy go nawet potocznie: osobnika niewykazującego się czymkolwiek szczególnym; chodzącego, jak co dzień, z teczką do pracy, spędzającego z rodziną wolne chwile, a tu jeszcze, "przy okazji", wydającego rozkaz zabicia tysięcy ludzi. Arendt takowych generalizacji jednak nie poczyniła. Owszem, przywołała w książce opinie, na podstawie których "pół tuzina psychiatrów uznało [Eichmanna] za normalnego", a jego stosunek do najbliższych za „jak najbardziej pożądany". Tyle, że autorka odrzuciła te przekonania "znawców duszy", negując ponadto stanowisko prawników, którzy wedle niej błędnie mniemali, iż oskarżony „tak jak wszyscy ‘normalni ludzie’ musiał zdawać sobie sprawę ze zbrodniczego charakteru swych czynów”. Zdaniem Arendt "Eichmann zaś był istotnie normalny o tyle, o ile ‘nie był żadnym wyjątkiem w systemie rządów nazistowskich’. Jednak w sytuacji, jaka zapanowała w Trzeciej Rzeszy można się było spodziewać, że jedynie wyjątki zareagują normalnie". Zatem, owe pojmowanie "normalnego człowieka" łączy się ze specyfiką sytuacji, w której temuż "normalnemu" przyszło funkcjonować. A, że rozumienie pojęć zostało zachwiane lub wręcz zniszczone przez totalitaryzm, tak i "normalność" na tę okazję należy poddać odpowiedniej weryfikacji.
Połączona z powyższym, ale zdecydowanie głośniejsza już kontrowersja, dotyka problemu „zła banalnego”. Jest ono zwykle kojarzone dalej z „teorią trybika”. Bo kiedy, zdaniem oponentów, twierdzi się, że zachowania Eichmanna ogranicza się wyłącznie do wypełniania rozkazów i funkcjonowania w wielkiej maszynie totalitarnego systemu, to i jego zbrodnicze czyny stają się pospolicie zrozumiałe, a może nawet usprawiedliwione.
Po pierwszej awanturze - związanej z reakcjami na pierwsze wydanie Raportu - Arendt, może się wycofując, zaznaczyła, iż podchodzi z dystansem do „teorii trybika”, jak i do poglądu, wedle którego Eichmann był "siłą napędową" "ostatecznego rozwiązania". „Osobiście – pisze autorka – nie przywiązywałam do obu tych tez większego znaczenia niż uczynił to sąd jerozolimski, ponieważ teoria trybika nie ma z prawnego punktu widzenia najmniejszego sensu, a zatem nie ma żadnego znaczenia, jakie rozmiary przypiszemy ‘trybowi’ nazwiskiem Eichmann”.
Odżegnywała się od wszelkich form determinizmu (do których zaliczała także funkcjonowanie biurokracji nazistowskiej), które uwalniają sprawcę "od odpowiedzialności za popełniony przezeń czyn".
Arendt nie pomniejszała winy oskarżonego. Po prostu, jej zdaniem, Eichmann był odpowiedzialny za konkretne czyny, które w rzeczy samej dało mu się udowodnić. (Czy nie jest to poniekąd metoda "brzytwy Ockhama"?)
Stąd też wyśmiewała "pokazówkę" prokuratora Hausnera, który dowodził, iż „na ławie oskarżonych zasiadł w tym historycznym procesie nie pojedynczy człowiek, ani nawet nie sam tylko reżim nazistowski, lecz antysemityzm na przestrzeni całych dziejów”. Odrzuciła ową retorykę o potworze winnemu tego wszystkiego, uznawszy ją za polityczną grę (jaką „sponsorować” miał premier Ben Gurion). To już wystarczyło, aby obudzić względem Arendt awersję u wielu.
Samą zaś „banalność zła” sprowadzała do poziomu braku myślenia jednostki. Tu konkretnie, do Adolfa Eichmanna. „To czysta bezmyślność – której bynajmniej nie należy utożsamiać z głupotą – predystynowała go do odegrania roli jednego z największych zbrodniarzy tamtego okresu. Jeśli zaś jest to ‘banalne’, czy wręcz śmieszne, jeśli nawet przy najlepszej woli nie sposób odkryć u Eichmanna żadnej diabelskiej czy demonicznej głębi, daleko tu jeszcze do nazwania tego czymś zwyczajnym […] Kiedy bowiem mówię o banalności zła, czynię to jedynie na poziomie ściśle faktograficznym, wskazując na zjawisko, w obliczu którego stanęliśmy na procesie […] Na tym właśnie polegała w istocie lekcja, jaką można było odebrać w Jerozolimie. Ale lekcja – a nie wyjaśnienie zjawiska, ani wysnuta na ten temat teoria”.
Zatem owe "zło banalne", to żadna doktryna bądź światopogląd etyczny roszczący sobie pretensje do wyjaśnienia szerokiego problemu. Póki co, to tylko epizod na przykładzie oskarżonego w Jerozolimie. Zło wysnute z życiorysu takiego "błazna", jak Eichmann "urąga myśli […] gdyż myśl próbuje dotrzeć na pewną głębokość, sięgnąć do korzeni, w momencie zaś, gdy zajmie się złem, jałowieje, bo dotyka nicości. Na tym polega ‘banalność zła’. Jedynie dobro posiada głębię i może być radykalne".
Kolejną treścią z książki, budzącą zgorszenie i emocje, była rzekoma niechęć Arendt do Żydów. Różnie też ową jej „awersję” tłumaczono. Antysemityzmem, wspomnianym uprzednio rasizmem, a konkludowano historyjką o tym, iż Arendt przedstawiła w "Eichmannie", jak to "Żydzi wymordowali się sami".
Jeśli autorka "Raportu" miała w tym zakresie wątpliwości czy pretensje, to wyłącznie do przywódców żydowskich czasu holokaustu. Ujmowała to słowami byłego więźnia Theresienstadt, który stwierdził, że "naród żydowski, jako całość zachował się wspaniale. Zawiedli tylko jego przywódcy". Problem ten stanowił według Arendt "najczarniejszy rozdział" tej tragicznej historii. Dodatkowo, nie poradzono z nim sobie podczas procesu, jeśli w ogóle. Rzecz to poważniejsza, ale ogólnie ją ujmując, nie przekonywały Arendt tłumaczenia niektórych ocalałych urzędników Judenratów, usprawiedliwiających swe postawy specyfiką i determinantą ówczesnej sytuacji. Arendt znała przecież „niewygodny” przykład Adama Czerniakowa z getta warszawskiego, który wybrał samobójstwo aniżeli wykonanie poleceń władz nazistowskich, związanych z przymusowym "wysiedlaniem" (de facto zagładą) Żydów. Dostrzegała nieszczerość usprawiedliwień tych byłych członków Judenratów, którzy po wojnie piastowali ważne stanowiska w Izraelu bądź w diasporze.
A "sam" Eichmann? Przeglądając w internecie fragmenty procesu jerozolimskiego, dostrzec można (może tylko subiektywnie) jego dziwaczną, właśnie tę błazeńską osobliwość zachowań. Zagubiony, gapowaty (może to wszystko odgrywający), co jakby wzbudza niekiedy irytację jednego z sędziów prowadzących. Być może Eichmann widziany przez Arendt był już innym Eichmannem, niż ten, który robił karierę podczas prosperity rządów nazistowskich. Własne biuro i sekretarz, odpowiedzialne stanowisko i poważne zadania, a po godzinach zdarzyło się nawet zapalić cygaro z Reinhardem Heydrichem. Później, po upadku systemu, któremu Eichmann wiele jednak zawdzięczał, uwłaczająca ucieczka i tułaczka. Dom pod Buenos Aires bez bieżącej wody i elektryczności, praca za marne pieniądze przy taśmie produkcyjnej. Wielki upadek dla człowieka, który chciał w życiu wiele osiągnąć i prawie mu to wyszło. W Jerozolimie był to już osobnik po traumie, sfrustrowany „prezes”. Prawdopodobnie parodia tamtego ważniaka.
Erving Goffman twierdził, iż zasadniczo nie posiadamy jednej tożsamości, objawianej identycznie w różnych okolicznościach. Jest ona uzależniona od sytuacji publicznej, w jakiej człowiek się znajduje oraz od aktorów, przed którymi odgrywa swoją rolę. Najpewniej Eichmann z Jerozolimy to tożsamość inna od tej, która prezentowała się świadkom w roku 1944. w Budapeszcie. A relacja Arendt z procesu, to może tylko fragment dłuższej historii i bardziej skomplikowanej psychologii jednostki.

Brak komentarzy: