David Lewis w rozważaniach na temat psychologicznych perypetii Adolfa Hitlera, idzie tropem opinii dwóch lekarzy, którzy postawili diagnozę przyczyn ociemnienia przywołanego kaprala, po ataku gazowym na froncie w 1918 roku. Psychiatrzy Karl Kroner i Edmund Forster byli zgodni. Podłożem objawów fizycznych choroby ich pacjenta okazała się neuroza. Forster, terapeuta prowadzący przypadek, „nie miał wątpliwości, że do ślepoty histerycznej Hitlera przyczynił się zanik siły woli”. Uznał, iż jego pacjent „nie ma zamiaru przejrzeć na oczy, bo nie chce być świadkiem porażki Niemiec”. Metoda kuracji była proporcjonalna do osobliwości zaburzeń badanego. Jak napisał w sprawozdaniu dr Forster „musiałem pokonać tego człowieka nie dzięki logicznemu rozumowaniu, lecz za pośrednictwem bezwstydnego łgarstwa […] albowiem on sam był jednym wielkim kłamstwem, dla którego nie istniała żadna prawda absolutna poza prawdą jego wyobraźni, dążeń i potrzeb”. (David Lewis, „Człowiek, który stworzył Hitlera”).
Czy to możliwe, że diagnoza i piętno tej kuracji oraz późniejszych wydarzeń politycznych związanych ze wskazanym „kurowanym” ciąży na Niemcach do dziś? Oto bowiem psycholog z Monachium, Michael Ermann, interpretuje w Der Spiegel wyniki własnych badań na temat przypadków traumy występującej pośród obywateli RFN. Ermann uważa, iż pokolenie dzieci II wojny światowej (tj. Niemców urodzonych w latach 1933-1945), ucieleśnia nerwice wyniesione z owego tragicznego okresu. Problem okazuje się być jednak bardziej złożony, bowiem nie tylko o generację przedszkolaków czasu III Rzeszy chodzi. Skarżą się już bowiem na podobne dolegliwości natury psychicznej dzieci oraz wnuki tych pociech, które uciekać musiały przed nawałą sowietów, choćby z Królewca (wykład rozbrzmiewa w tonacji niemieckich wypędzeń). „Posttraumatyczne” przypadłości okazują się być zatem dziedziczne, a dowodem – czy może jeszcze punktem wyjścia dla takowych konkluzji – jest tym razem materiał zebrany na podstawie ankiet i indywidualnych wywiadów z 950-cioma dziećmi wojny „z całej Republiki Federalnej Niemiec”.
Nie są to wykłady zupełnie nowe, chociaż coraz bardziej zdają się być one "trendy" - przynajmniej w pewnych kręgach. Za pionierów teorii o dziedziczności zmory wywołanej przez nazistów, wydaje się, uchodzą niektórzy potomkowie ofiar holokaustu, którzy bezpośrednio nie doświadczyli osobiście tej tragedii. Nie brak jednak w tym zakresie poglądu opozycyjnego, również wśród samych Żydów, głoszącego, że jest to wyobrażenie stworzone dla potrzeb politycznych. „Utożsamianie się z historią w wersji syjonistycznej jedynie pogłębia syndrom ofiary” (Yakov M. Rabkin „W imię Tory. Żydzi przeciw syjonizmowi”). Pozostaje zatem przedmiotem kontrowersji, na ile problem ów może być tematem psychologii, a na ile zainteresowań polityki bądź ideologii.
Niemniej, na zasadzie prób i błędów, wypada dochodzić dalej, czy to tylko przypadek, czy może motyw kreowany dla potrzeb rynku medycznego zjednoczonych Niemiec bądź też może – jak kto woli – jakieś wcielenie ducha dziejów sprawia, że w ponad sześćdziesiąt lat po zakończeniu wojny, rdzenny obywatel RFN staje się ofiarą dojścia do władzy i późniejszej klęski Hitlera.
Oczywiście, tragiczne są dziejów wypadki, skomplikowane losy oraz głębokie urazy ludzi, którzy stali się tych wydarzeń uczestnikami. Jest to kwestia bezsporna. Niemniej psychologia zachowuje chyba motywy metody niezależnej od historiozofii czy od politologii. Chyba, że już się to zmienia, a jakaś część takowej "psychodramy" znalazła się w miejscu, gdzie historia choroby pacjenta zaczyna być synonimem kart historii danego narodu bądź nawet historii powszechnej. Może odbywa się to za sprawą komercjalizacji psychoterapii, w czym należałoby dopatrywać się poszukiwania i wdrażania metaszablonu wykładającego problemy szerokiej części populacji? Adekwatne szkolenia, kuracje, książki i tym podobne środki produkcji – to wszystko wyjaśnia może wcześniejsze, sugestywne wywoływanie zapotrzebowania dla określonego problemu psychologii społecznej. Kiedy debata wychodzi z gabinetu terapeuty i staje się publiczna – na ten przykład za sprawą zainteresowania opiniotwórczych mediów – podejrzenia w tym kierunku mogą być poniekąd uzasadnione. Nie wykluczam jednak, że dr Ermann może zastrzegać sobie interpretację własnych poglądów podobnie, jak czynił to Freud, gdy mówił o nerwicach: „mogę tylko twierdzić, nie zaś dowieść”. Ale być może również cała otoczka „interesantów” lub ignorantów przyjmuje już te sugestie za oczywiste i bezdyskusyjne.
Póki co, problem winy i ofiary jest nadal sprawą otwartą – na poziomie wymiany spekulacji. Może to zmieniać polityka, która posiada tendencje do narzucania tabu – choćby pod pozorem publicznej poprawności. Sprawy ludzkie są kruche i ulotne, nie można tu zatem wykluczyć rozmaitych możliwości "sprawczych". Zresztą tabu wcześniejsze, kiedy oficjalnie nie wspominano o psychicznych ranach Niemców, przeszło właśnie do lamusa.
Co mnie jednak przekonuje w wykładzie Ermanna? To, kiedy twierdzi, iż „dzieci wojny weszły w wiek, w którym człowieka dogania jego przeszłość. I to w podwójnym sensie. Po pierwsze, u starszych ludzi zachodzą szczególne procesy neuropsychologiczne: w dojrzałym wieku zaczynamy nagle przypominać sobie stare, dawno zapomniane przeżycia. Po drugie, późny wiek jest okresem, w którym wielu ludzi cierpi z powodu osamotnienia. To wszystko, co przez dziesiątki lat dawało im oparcie – rodzina, kariera zawodowa – powoli zaczyna chwiać się w posadach. Wtedy zaś załamuje się także psychiczna odporność ludzi”.
Pozostałe diagnozy, głównie te tyczące wnuków wojny, stanowią terapeutyczną sugestię, która zakrawać może o interpretacyjne nadużycia. Ermann nie mówi tego wprost, lecz od jego poglądów niedaleko już do sytuacji, kiedy cierpiący zrzuci własne problemy interpersonalne bądź nieumiejętność wykonania zadań w pracy na rządy Hitlera. Podobne rzeczy były już przerabiane, a dochodzi się do nich chyba przez nieświadomość odbiorców i „nadświadomość” specjalistów.
Niemniej, poczynania (reakcje?) i losy dzieci wojny zdają się być nawet bardziej poharatane aniżeli wynika to z prasowych analiz dra Ermanna. Rozgrywając traumę powojennych Niemców, wypadałoby chyba analizować ją w szerszym kontekście wydarzeń, nie ograniczając się li tylko do psychologicznego cierpiętnictwa po dramacie wypędzeń. Skoro wśród pokrzywdzonych przez II wojnę światową znalazł się przykładowo mały Hans, przez całe swe późniejsze życie przyzwoity obywatel, to wypada także przyznać, iż pośrod tych samych ofiar dzieci wojny znaleźli się ludzie pokroju Ulriki Marii Meinhof, urodzonej w 1934r. terrorystki Frakcji Czerwonej Armii (RAF) tudzież jej kolegi „po fachu” Andreasa Baader’a (rocznik 43). Czy występują oni jako skutek nazizmu czy samej traumy wypędzeń? Warto wyjaśniać różne warianty, nie tylko adekwatne do potrzeb współczesnej polityki. RAF to może tylko epizod, ale epizod zbyt głośny i wymowny, aby pozwalał ograniczać się do czarno-białych interpretacji na niemieckie społeczeństwo ponazistowskie (i jego nerwice). Historia Frakcji Czerwonej Armii jest przecież naznaczona biografiami tego samego pokolenia, które przywołuje Ermann, choć tego przykładu oczywiście nie podaje. Zresztą w klimat tychże analiz wpisuje się całe erefenowskie, tak zwane pokolenie 68.
Bunt tamtego czasu, z dzisiejszej perspektywy, przypomina swego rodzaju szopkę. Zaskakuje swoją niedorzecznością albo wręcz nakręcaniem obłudy, co ostatecznie może było konsekwencją nie radzenia sobie z nazistowską historią. W latach 60-tych XX wieku bowiem, ówczesna młodzież Niemiec Zachodnich (czyli pokolenie dzieci wojny) nawoływała swych ojców i dziadków do rozliczenia się z masowym poparciem dla Hitlera. Ponieważ oddźwięk na te apele był znikomy, młodzi – w ramach swego radykalizmu – wzięli winę za tę przeszłość na siebie. Miało to też rzekomo przybliżyć Niemców do rozliczeń z bolesną dla nich historią. Ale kiedy prawdziwy winny nie poczuwa się do odpowiedzialności, a ludzie zupełnie przypadkowi dla poczynań innych zaczynają wmawiać sobie i otoczeniu, że to oni odpowiadają za tamten tragiczny całokształt, to sprawa nie wygląda na zdrową – i z punktu widzenia psychoterapii i moralności. A posmaku komedii dodaje jeszcze sytuacja obecna, gdy wspomniane pokolenie 68, ówcześni „winni”, godzą się występować tym razem w roli ofiary II wojny światowej, a czasem systemu III Rzeszy.
Przekreślając kolejne tabu, coraz trudniej też odróżniać pytania głupie od rzeczowych. Dlatego nie wiadomo jeszcze (a nikt nie próbuje się pokusić o jasne odpowiedzi), czy do traumy ucieczki – obok pokrzywdzonych z założenia cywilnych Niemców, choćby z Gdańska lub z Królewca – dołączyć już można na przykład uciekającą z pruskiego KL Stutthof załogę SS, na czele z komendantem obozu Paulem Wernerem Hoppe albo może "ewakuowaną" rodzinę Rudolfa Hossa, która z kilkoma wagonami kolejowymi, załadowanymi zrabowanym towarem, w pospiechu opuszczała willę w Auschwitz? Przecież dramat exodusu i kolejne przejścia z nim związane łączyć mogły wszystkie grupy wystraszonych Niemców. Czy ostatecznie już wiadomo, którzy z obecnie nie dających sobie rady w życiu potomków dzieci wojny są spadkobiercami traumy zwyczajnych cywilów, a którzy spanikowanych zbrodniarzy lub innych "umoczonych" w system?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz