wtorek, 3 maja 2011

Pojedyncze złożoności

Wracam jeszcze do „Wojny i sezonu” Michała K. Pawlikowskiego. Do jego autorskiego wizerunku kresów wschodnich dawnej Rzeczypospolitej. Przypomniało mi się na tę okazję, jak to Stefan Kisielewski (Kisiel) zawarł w swoim Abecadle taką anegdotę związaną ze Stanisławem Catem Mackiewiczem, kiedy ten miał powiedzieć: „Polska właściwa to jest Witebsk, Mińsk, Wilno, Ryga, Kijów”. Po przeczytaniu Pawlikowskiego, wydaje mi się, że już trochę więcej rozumiem, o co Catowi chodziło. Wcześniej traktowałem jego spostrzeżenie tylko jako przekorne i z natury dowcipne.
Są więc u Pawlikowskiego różne ciekawostki oraz złożone kwestie, jednak bez próby mądralińskiej analizy przedstawione. Że przed pierwszą wojną światową zdecydowana większość Polaków w Wilnie nie mówiła o sobie, że są Polakami, ale, że są Litwinami. Że społeczeństwo polskie okresu dwudziestolecia nie tworzyło jednej lawy: Polacy z początków niepodległości to inna wspólnota, od tych z końca utopii, jaką była II RP. „Duch przygody” przewodził im podczas Wielkiej Wojny, jak i w czasie wojny z bolszewikami, czego zabrakło we wrześniu 1939. I wiele innych, zastanawiających rzeczy.
Ale jest jeszcze coś w „Wojnie i sezonie” osobliwego może, znów z antysemityzmem polskim związanego. Pawlikowski (wspomniałem o tym w innym wpisie) określał ów antysemityzm „mistycznym”, choćby ze względu na specyfikę polskiego katolicyzmu. (Pawlikowskiego za ten mistycyzm wyśmiał później brat Cata, Józef Mackiewicz, twierdząc, że skoro tak, to i polski filosemityzm też jest mistyczny). Pawlikowski pisze jednak ponadto: „Nawet endek mógł z całego serca przyjaźnić się i ściskać z pojedynczym Żydem. Pojedynczego Żyda można było choć do rany przyłożyć. Ale endek był wrogiem żydowskiego tłoku, nie tylko endek. Antysemityzm polski był przeto skierowany nie przeciw pojedynczym Żydom, lecz przeciw Żydom zmasowanym na plaży, w kawiarni, w teatrze, w auli uniwersyteckiej”.
Skojarzyłem tę wypowiedź z inną, także biograficzną historią. Barbara Engelking i Jan Grabowski przywołali ją w książce „Przestępczość” Żydów w Warszawie, 1939-1942”. (Tak się złożyło, iż obie przytoczone tu ksiązki, przeczytałem jedną po drugiej). Rzecz dotyczy Arnolda Szyfmana, reżysera teatralnego i założyciela Teatru Polskiego w Warszawie. Zadenuncjowany – za brak noszenia opaski syjońskiej – trafił w 1940 roku do więzienia sądowego. „Przebywał w inteligenckiej celi […] Znalazło się tam interesujące towarzystwo – z jednej strony działacze przedwojennej Falangi – Bolesław Piasecki oraz Marian Reutt, z drugiej Żydzi: sędzia Józef Neufeld i mecenas Wielikowski. Nic więc dziwnego, że jak wspomina Szyfman, «tematem, który wszystkich dyskutantów najbardziej jednak roznamiętniał, była sprawa żydowska. […] Dyskusje te miały jednak zawsze ton poważny i nie przybierały nigdy charakteru obraźliwego ani napastliwego, z wyjątkiem gdy zabierał głos b[yły] bufetowy z Bristolu, Wróbel. Toteż w chwilę po takiej namiętnej rozmowie można było widzieć Piaseckiego grającego zgodnie w szachy z Neufeldem, a dra Reutta częstującego swymi zapasami żywnościowymi łakomego mec. Wielikowskiego. W kilkanaście dni później widziałem nawet na własne oczy, jak Bolesław Piasecki i dr Reutt, nagle zwolnieni, całowali się z mec. Wielikowskim, który przecież tak gwałtownie zwalczał tezy falangistów»”.
Nie wiem, czy Pawlikowski znał tę opowieść Szyfmana, ale obserwacje obie współbrzmią ze sobą sugestywnie. Relacja „pojedynczego” antysemity z „pojedynczym” Żydem. Może ta zbitka pamiętnikarska jest bardziej wymowna, aniżeli niejeden traktat naukowy w tym zakresie. Samo w sobie wydaje się być ciekawe.

Brak komentarzy: