Czy istnieje coś takiego, jak dyktatura zaistniałych czasów? Rozumiana na przykład w sposób, który wyrażał Adolf Eichmann podczas procesu w Jerozolimie, twierdząc, że rozmaici jego oskarżyciele, albo nie pamiętają, albo nie chcą pamiętać, czy zwyczajnie nie rozumieją, w jakich to warunkach losowych znalazł się on i jemu podobni, kiedy nie można było podejmować swobodnych decyzji, tylko ulegać dyktatowi uwarunkowań zewnętrznych. Potwierdzał również ten tok rozumowania Josef Mengele. Pod koniec życia w rozmowie z synem, przekonywał go, iż oskarżenia pod jego adresem rzucane są przez ignorantów, nie zdających sobie sprawy w jakim miejscu i czasie znalazł się on w Auschwitz. Co podsumował nawet opinią, iż w zasadzie, to nawet ratował więźniów, wybierając – w zastanej specyfice – mniejsze zło.
Sami oskarżani – o decyzje dramatyczne w skutkach dla innych – lub ich obrońcy dodają czasem po latach, iż kto „inny” na miejscu delikwentów uczyniłby podobnie. Ale zasadniczo nie ma tych „innych”. Są oni abstraktem na płaszczyźnie dyskusji.
W końcu retoryka użalania się nad dyktatem zaistniałych czasów nie wytrzymuje w starciu z faktem, że zawsze w danych okolicznościach znajdują się jacyś opozycjoniści, ktoś po drugiej stronie. Jeśli nawet szerzej nieznani i funkcjonujący w mniejszości, to jednak namacalni. Płacący za swój sprzeciw wobec „dyktatury dziejowej” społecznym wykluczeniem, a czasami i życiem. Nie będący niewolnikami „takich czasów”, które nieomylnie podpowiadały im, co mają mówić i robić w danej chwili i które też rzekomo definitywnie wykluczają alternatywne zachowania, aby tym oto sposobem móc twardo stąpać po ziemi, zachowując referencje realistów.
Pytanie jednak i dywagacje w odpowiedziach rozbijać się mogą o niejasność, czy to „takie czasy”, czy może określony system (zwłaszcza totalitarny), jaki w danym okresie zatriumfował, promował pewne determinanty? Ba, może był życiowym testem dla ludzi?
Sugeruje się niekiedy również, że w „normalnych” warunkach Eichmann okazałby się porządnym urzędnikiem, a Mengele dobrym lekarzem. Problem w tym, iż obaj okazali się być sumiennymi ludźmi w swych zawodach. Nazizm dawał im szanse, z których skorzystali. I to nie przez „takie czasy” przeszli do historii jako zbrodniarze, tylko przez urzeczywistnioną, własną inicjatywę i znane – a nie zakulisowe – wybory i postępki. Jak wskazywał Lord Acton, człowieka nie obwinia się dlatego, że mógł on lub nie mógł udowodnić swojego dążenia do cnót, lecz ponieważ wykazano mu konkretną przewinę. Nawet „jeden czyn kładzie się cieniem na jego losie. Nie ma sensu dowodzić w takiej sytuacji, że jest on dobrym mężem lub znakomitym poetą”.
***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz