czwartek, 10 lutego 2011

Przed "Złotymi żniwami"

Dwóch historyków (w tym jeden literatury) – obaj zasłużeni dla swych dyscyplin – opowiada dla Tygodnika Powszechnego komu, ile i jakim sposobem wolno mówić o nowej książce Jana Tomasza Grossa. Że jak już coś mądrego chce się powiedzieć w temacie "Złotych żniw", to wypadałoby jednak być specjalistą w poruszonym problemie (zwłaszcza, jeśli Grossa się krytykuje). Specjalistą od holokaustu czy przeszłych relacji polsko-żydowskich lub, co najmniej, w zakresie II wojny światowej jakąś książkę napisać. Wszyscy się bowiem wokół wymądrzają – to fakt – a przecież tak nie można.
Dlaczego więc sięgać po "Złote żniwa"? Dać sobie spokój z książki odczytaniem, bo nie jest się "specjalistą"? Nie dopytywać, ani nie krytykować? Hm, ... Dostrzec można w przywołanej wypowiedzi - ludzi siedzących w odkrywaniu holokaustowej przeszłości - swego rodzaju (zawodową) ignorancję lub/i arogancję nawet. Odgrywa ona niczym rolę "głosu sumienia", który jakby nie rozumie, iż można mieć wiedzę oraz świadomość tego, że wśród Polaków byli i tacy, którzy ograbiali i mordowali Żydów - uderzyć się również w pierś - ale jednocześnie nie zgadzać się z "narracją" Grossa. (Już to po przeczytaniu "Sąsiadów" czy "Strachu", nie spodziewając się po "Żniwach" za wiele nowego). Ba, jakby zapomina, iż "wolna (ponoć) dyskusja" w założeniach podważać może pogląd jego rzekomo "zbawczej" metody terapii. Metody wstrząsu. Tak bardzo ponoć potrzebnej w debacie. (Wcześniejsza dezaprobata wobec niespecjalistów od kolejnych fal holokaustu, nie przeszkadza stawiać tego typu morałów w zakresie obcej historykom psychoterapii). A przecież, nie o leczenie tu idzie, a o argumenty i zrozumienie. Czasem i o zrozumienie tych, którzy zrozumieć nie potrafią, co dla piewców bądź ideologów rozmaitych spraw jest kwestią ... niezrozumiałą. Nie wartą poważnego przeanalizowania. Przyznać zresztą wypada, iż obecna histeria jest zdecydowanie mniejsza od poprzednich dwóch, rozgrywających się przy "Sąsiadach" i po "Strachu". Widać adresaci nie wykorzystują już albo nie dają się znów ponieść tak ochoczo kolejnej okazji do narodowej awantury. Nadzieja, że po "Złotych żniwach" wzrośnie zainteresowanie (na skalę masową i na poważnie) wskazaną przeszłością, a co dopiero zmieni się niesamowicie jej postrzeganie, wykazuje się chroniczną naiwnością. Kiepska to psychologia i słaby chwyt moralny, promujący książkę.
Zdaje się jednak, że nie tyle o ciemną przeszłość tu idzie, jako tabu lub zgorszenie, ile o samego autora, Jana Tomasza Grossa. Profesor Gross stanowi właśnie osobliwą przeszkodę przyjrzenia się poruszanym przezeń problemom. Z jednej strony entuzjastycznie, z drugiej zbyt niechętnie się go traktuje (tak pokazują to media), a z trzeciej sam chyba nie wie, co ostatecznie chce wykazać, kiedy broni swych dzieł w studiach telewizyjnych. Nie ma w tym właściwej refleksji. Umacnia to tylko okopywanie się na przyjętych uprzednio pro- lub anty-Grossowych pozycjach. Z dyskusją niewiele posiada wspólnego.
Niemniej, zajrzę do "Złotych żniw" dość chętnie, ale dopiero kiedy opadną emocje medialne z różnych stron, i gdy sprawa nieco ucichnie (zresztą pewnie szybko). Awantura przeszkadza się skupić. Czytając w jej klimaciku chyba trudno wyraźnie dostrzec, czy to Grossa się czyta, czy jego chórzystów, a może jego histeryzujących antagonistów. (Obie fundamentalne strony niewiele z przeszłości chcą rozumieć). Im, być może, Treblinka kojarzyć się będzie tylko z zadymą wokół Grossa.

Brak komentarzy: