Kolejny przełom w dochodzeniu do prawdy ostatecznej. Tym razem w zakresie transseksualizmu człowieka rozumnego. Wpływowe media donoszą, że profesor Vincent Harley z Melbourne urywa spekulacje w przedmiocie tej wiedzy. „Całe dekady dyskusji na temat wpływu psychologicznych uwarunkowań, takich jak dzieciństwo na utożsamianie się z nie swoją płcią było bezprzedmiotowe. Panuje stereotyp, że transseksualizm jest jedynie wyborem stylu życia. Nasze badania pokazały jednak, że identyfikacja płci ma podstawy biologiczne” – podsumowuje Harley (Dziennik.pl 02.12.2008).
Wyniki owych badań zajmują pewnie więcej konkluzji niż te kilka umieszczonych w prasowej notce. Trudno więc ocenić sytuację, co właściwie z tą wiedzą zrobić i jaka dalsza interpretacja ją czeka. Sam w sobie powstał ciekawy i wymowny materiał badawczy, podatny raczej na ideologiczną reinterpretację (jeśli już nie stał się ideologią) i na upolitycznianie sprawy. A to z kolei skończyć się może kolejną farsą.
Póki co, spopularyzowano informację o przebadaniu 112 transseksualistów, u których stwierdzono występowanie specyficznej wersji genu odpowiedzialnego za wytwarzanie testosteronu. „Działanie genów, które obniżają testosteron już na etapie rozwoju płodu wpływają na mózg tak, że człowiek czuje się kobietą zamkniętą w ciele mężczyzny”. Badania te mogą przyczyniać się zatem do stworzenia (usprawiedliwienia) osobliwej formy amnestii - uwolnienia od ciała obcego na sposób fizyczny i psychiczny.
Oczywiście, nie chcę podważać wiarygodności ogłoszonych wyników, bo z genami na obecnym etapie zaczarowywania świata trudno dyskutować (zresztą, siedząc w jaskini trzeba zadowalać się cieniami), ale wydaje się, iż owych 112 ochotników, to jeszcze za mało, aby uwierzyć galopem, że następny 113 lub dopiero 210 badany również potwierdzi stawianą diagnozę. Rozstrzygając ostatecznie problem tylko i wyłącznie na korzyść determinującej człowieka biologii. Istnieje takie prawdopodobieństwo, lecz głupi przypadek może po drodze podważyć wiele osiągnięć. (Każda specjalizacja posiada jednak tendencje do ograniczania zapatrywań na sprawę wyłącznie do własnej perspektywy albo i falsyfikacji; ba – nawet do specyficznego dla siebie języka. Wiele zatem da się chyba tym sposobem wytłumaczyć bądź udowodnić). Ale istota nauki czy wartość polemiki, w zamyśle przynajmniej, polega na tym, że ogłoszone wyniki badań poddaje się dalszym doświadczeniom i dyskusji. W powyższym przypadku nawet jest to bardziej podatne na potyczki poglądów, ze względu na moralne aspekty zapatrywań. W sprawach bowiem genetycznego wyjaśniania takich przykładowo kwestii, jak sen czy powstawanie chorób, delibrowanie wydaje się być emocjonalnie słabsze.
Próba 112 transseksualistów może być więc zbyt mała, aby potraktować ją poważnie, lecz niektórym pewnie w swojej formie ona już wystarczy. Zawsze od czegoś trzeba zacząć, ale w gruncie rzeczy profesor Harley, zdaje się już kończyć debatę. Z prasowej notki da się chyba odczytać coś na podobieństwo nowej formuły: odnaleźliśmy gen, nie ma alternatywy i ucieczki przed tym. Wszystko zaczyna być tu jasne. Dziękuję za uwagę. Współcześnie jawi się to jednak trochę, jako poddanie opinii naukowej pod określone trendy.
Wbrew pozorom, nie przejmuję się dalszą perspektywą badań genetycznych wykazujących tendencje seksualne bądź inne, jak motywy blogowania. Zastanawia mnie natomiast (problem zupełnie nieistotny), jaką potencjalnie aferę bądź histerię odkrycia te wywołać mogą u "docentów" i socjolożek od takiego gender identity (tożsamości płciowej) czy gender performativity (performatywności płciowej) i im podobnych. Kierunków utrzymujących, że nasza płciowość i seksualność to wymysł wykrzywionej kultury w tym również tego, jak się do siebie odzywamy. Wszystkie te tomiska bestsellerów, fundusze i konferencje, cała ta, ledwo co unormowana wiedza oraz walka ideologiczna, możliwe, iż znalazły się na skraju bankructwa. Nie jestem jednak pesymistą. Osobiście postawiłbym tu na zbawczą moc dialektyki i intelektualnie łatwą przypadłość przestawiania się z jednej bajki na drugą. Tak wiele mówi się dziś o mobilności człowieka, więc perspektywy nie są i w tej materii ograniczone.
Być może jednak, za sprawą 112 transseksualistów ochotników, tworzy się na naszych oczach kolejna historia. Byle tylko ona, a nie komedia, z heteroseksualnymi w roli kafkowskich statystów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz