sobota, 30 maja 2009

Nędza debaty

Jakiś czas temu wyszło na jaw, że tradycyjna socjologia wykazała własną nieporadność czy wręcz beznadziejność (metodologiczną i interpretacyjną), kiedy w oparciu o jej osiągnięcia naukowe podjęto się próby wyjaśnienia holokaustu. Zetknięcie fachowej wiedzy o społeczeństwie z faktem masowej i zaplanowanej eksterminacji, zdemaskowało tę dyscyplinę naukową. Jak podsumował to Zygmunt Bauman, „istota problemu nie polega na tym, co my socjologowie, możemy powiedzieć na temat Zagłady, ale co Zagłada ma do powiedzenia na temat nas, socjologów, i naszej działalności” (Zygmunt Bauman, „Nowoczesność i Zagłada”).
Wydaje mi się, że podobną konkluzję rozszerzyć można na wiele z tego, co w ogóle wypowiedziano w zakresie problematyki holokaustu. W kwestii wyjaśniania przyczyn „ostatecznego rozwiązania”, zachowań – mówiąc Hilbergiem – „sprawców, ofiar, świadków” i tym podobnych. (Chcąc nie chcąc, świadczy to z kolei o zaprezentowaniu się ludzi, którzy zwerbalizowali holokaust). Oczywiście nie wszystko, ale spora nawet część tej spuścizny ostatecznie wykazywać się może swoją nędzą. Choćby wtedy, gdy pamięć o holokauście rozgrywana jest na sposób polityczny. Albo kiedy rozważania moralne na temat postaw ludzkich tamtego czasu zbyt mocno dostosowywane są do klimatu gabinetu, w którym owe odkrycia powstają – na przykład za sprawą przerośniętej metafizyki czy nadmiernej racjonalizacji lub właśnie etyki. (W rzeczy samej moralne bądź umysłowe atuty interpretatorów mogą niekiedy przeszkadzać w odczytywaniu ówczesnej, ale i dzisiejszej rzeczywistości publicznej). Czasem odnieść można też wrażenie, że im więcej lat upływa od wygaszenia krematoriów Auschwitz, coraz mniej sensownych albo nawet poważnych wyjaśnień na temat holokaustu jest puszczanych w obieg. Może dlatego, że współczesna mentalność, wartości czy język nie są już adekwatne do tamtej specyfiki wydarzeń. Odchodzą również ocalałe ofiary ówczesnych prześladowań, a niektórzy z tych, którzy pozostali – choć mogą oni czasem coś jeszcze wyjaśnić – pozostaje raczej w medialnym cieniu komentarzy. Być może górę biorą też inne „poważne” względy, odrzucające te nazbyt „banalne” uzasadnienia. Peter Z. Malkin (uczestnik grupy Mossadu, która uprowadziła Adolfa Eichmanna z Argentyny do Izraela) odpowiadając kiedyś w jednym z wywiadów prasowych na pytanie – Jak pan myśli, dlaczego zwykli ludzie stali się zbrodniarzami?, stwierdził wręcz trywialnie – Oni wynieśli to ze swoich domów. Możliwe, iż tego typu wyjaśnienia nie mieszczą się już w wielu wyszukanych koncepcjach czy w szablonach, którymi traktuje się rozwiązywanie zagadek holokaustu.
Głośna ostatnio wypowiedź niemieckiego historyka dla Der Spiegel, Götza Aly, poddającego pod dyskusję „ostateczne rozwiązanie” jako "projekt europejski”, „którego nie można wytłumaczyć wyłącznie przez specjalne okoliczności niemieckiej historii", zdaje się powyższe wątpliwości potwierdzać. Bo już niezbyt to chyba szczęśliwe określenie, „projekt europejski”. Dostosowane niczym do obecnej mądrości etapu, kojarzące się ze sloganem wyciągniętym ze współczesnej nowomowy. (Jakby z administracyjnego slangu unijnych biurokratów). „Projekt europejski” to kategoria nazbyt ogólna i myli też chyba europejskie zjawisko antysemityzmu z nazistowską i niemiecką polityką "rasy panów" w kwestii „ostatecznego rozwiązania”. Obie te doktryny nie oznaczają jednak koniecznie tego samego.
Zygmunt Bauman, w przywołanej książce „Nowoczesność i Zagłada”, uzasadnia, iż „antysemityzm jako zjawisko trwałe i powszechne, nie może sam w sobie tłumaczyć wyjątkowości Zagłady. W dodatku nie jest wcale rzeczą oczywistą, że antysemityzm, będący bez wątpienia koniecznym warunkiem gwałtu na Żydach, można uznać za warunek wystarczający […] Innymi słowy, argumenty głoszące, że przemoc wobec Żydów w ogóle, w szczególności zaś owe bezprecedensowe zdarzenie, jakim była Zagłada, to efekt ‘eskalacji nastrojów antyżydowskich’, ‘najskrajniejszy wyraz antysemityzmu’, albo ‘erupcja powszechnej niechęci do Żydów’, są argumentami słabymi i znajdującymi niewielkie oparcie w dawnej i współczesnej historii. Sam antysemityzm nie tłumaczy jeszcze Zagłady (mówiąc ogólniej, sama uraza i niechęć nie tłumaczą wystarczająco żadnego ludobójstwa)”.
Wyrachowanie rzeczywistych oprawców – wskazywała z kolei Arendt – polegało między innymi na świadomym zacieraniu różnicy pomiędzy zbrodniarzem a ofiarą. Stąd Sonderkommanda w obozach zagłady, policja żydowska w gettach. Stąd także profitowanie szmalcowników, wykorzystywanie miejscowej ludności do pogromów i tak dalej. W następstwie tego wreszcie, pojawiają się poglądy, które zdają się tych komplikacji nie rozumieć lub świadomie ich nie uwzględniać. „Ludobójstwo było złożonym procesem” – konkluduje Bauman - „Składały się na niego, jak zauważył Hilberg, czyny dokonywane przez Niemców i czyny dokonywane – na rozkaz Niemców, lecz z oddaniem graniczącym z poświeceniem – [również] przez ich żydowskie ofiary”.
Może to jednak zbyt pochopne stwierdzenie, iż opinia Götza Aly i artykuł Spiegla, w którym jest mowa o masowym współudziale „nie-Niemców” w holokauście, wpisuje się bezpośrednio w owe zacieranie różnicy między właściwymi sprawcami a ich ofiarami. Niemniej, wydaje się, że tezy w nim zawarte zostały dobrane na sposób bardziej wyrafinowany, aniżeli uwzględniający poznanie kontekstu historycznego czy nawet psychologicznego tego labiryntu. A to z kolei prowadzi chyba do sparodiowanych ocen problemu.
Przykładem takim zdaje się być opinia jednego z czytelników, nadesłana do Spiegela po opublikowaniu tekstu "Wspólnicy. Europejscy pomocnicy Hitlera w mordowaniu Żydów". Nauczyciel historii z Montrealu, winszując redakcji, podsumował przywołany artykuł zdaniem, że być może to jest dobry czas dla Polaków, aby wzięli duży oddech i pogodzili się ze swą historią, w ten sposób, jak jest ona rozumiana przez resztę świata. Trudno mi oczywiście stwierdzić autorytatywnie, co ów wychowawca przyjmuje za historię Polaków i holokaustu, rozumianą na sposób reszty świata (czy może już jakaś międzynarodowa komisja zadecydowała o czymś w tej sprawie?), ale obawiam się, że chodzi tu o tradycyjnie kalki, choćby „polskich obozów koncentracyjnych” albo o jeszcze osobliwszą arogancję. Jedna z fundacji założona przez Żydów polskiego pochodzenia – bodaj także w Montrealu – swe początki zawdzięcza kuriozalnemu incydentowi, kiedy to w telewizji kanadyjskiej wyemitowano film, w którym polscy żołnierze w przedwojennych mundurach tłumili ... powstanie w getcie warszawskim. Takie "opowiastki" można by pewnie mnożyć, a walka z nimi wydaje się być często mało efektywna - między innymi przez owe "rozumienie historii" na sposób "reszty świata".
Jeśli więc nie da się wiele w tym zakresie odczarowywać, to przynajmniej wypadałoby włożyć pewien wysiłek, aby nie dawać się podobnym opiniom dalej ogłupiać. Temu, co narosło za sprawą nadinterpretacji i wytworzonych z tego mitów, wykorzystujących powszechną obojętność i niewiedzę. Za sprawą wymyślnych, jak i interesownych niekiedy intencji kreujących postrzeganie holokaustu. Bez rozwagi nadużywających sytuację tragiczną, gdy tradycyjny sposób myślenia został załamany, kiedy „za cenę życia stu ofiar, ratowano tysiąc osób”, kiedy logika oznaczała instynktowną decyzję w obliczu śmierci, odrzucając tym samym konwergencyjne myślenie. Dywagacje takie nie potrafią jednakowoż wytłumaczyć wiele we właściwym temacie. Zwykle służą czemu innemu i to wyjaśnia ich koncepcje. Więcej też świadczą o indolencji ludzi, którzy je głoszą niż o problemie, który na swój sposób oni poruszają.
„Nie ma znaczenia – konkluduje Zygmunt Bauman – ilu ludzi postawiło zobowiązanie moralne ponad racjonalność przetrwania; liczy się to, że znaleźli się tacy, którzy tak właśnie postąpili”. Wydaje mi się, że ta przykładowa i jakby oczywista refleksja (ale dla niektórych wręcz kontrowersyjna i nie do zaakceptowania) pozostaje w cieniu głośnych poglądów na temat holokaustu. Dlatego może, iż takie "truizmy" gorzej się sprzedają w publicznym dyskursie.

Brak komentarzy: