sobota, 16 maja 2009

Projekcje po holokauście

Dobrze, że Stephen Daldry, reżyser „Lektora” na motywach powieści Bernharda Schlinka „Der Vorleser”, dał widzowi wolną rękę w odczytaniu swego obrazu. Skoro odbiorca ponosi określone koszty za podglądanie X Muzy, to ma prawo nic z tego nie rozumieć, a co dopiero wyrażać własne zdanie. Potwierdzają to liczne wpisy internetowych komentatorów pod artykułami o wspomnianym filmie. Może dołączę swym zdaniem do ich grona, nie będąc przychylnym opinii niektórych krytyków i komentatorów politycznych, głoszących, iż „Lektor” wpisuje się w rzeczywistość pohitlerowskich Niemiec, odbieraną bodaj na sposób rewizjonistyczny we współczesnym nam czasie.
Wydaje mi się, że tragiczna historia II wojny światowej stanowi bardziej tło, aniżeli determinantę dla losów Hanny Schmitz i Michaela Berga – dwojga głównych bohaterów „Lektora”. Co nie znaczy tyle, iż motyw jest ahistoryczny, ile, że żadne refleksyjne przesłanie po holokauście z tego filmu do mnie, jako tym zainteresowanego, nie dociera.
Jest to raczej typowy albo wręcz odgrzewany w kolejnej scenerii dramat psychologiczny, podparty egzystencjalnym zagubieniem ludzi w świecie. Tym także tłumaczyłbym osobliwie zaburzone relacje oraz sam związek Hanny i Michaela, naciągany pewnie dla potrzeb widowni, aniżeli będący tylko odzwierciedleniem życia codziennego. Ona dojrzała, on „dzieciak”, choć ostatecznie ową differentia specifica trudno między nimi odróżnić. Podłożem ich dość przypadkowego działania jest też nie do końca zrozumiałe wyalienowanie z otoczenia. (Nie wiadomo, kiedy ono się zaczęło i za jaką sprawą). Paradoksalnie, i na nieszczęście obojga kochanków, nie potrafią razem odnaleźć się nawet we własnym podobieństwie. Zresztą nie lepiej działo się w fazie „wspólnego” odosobnienia.
Mam również wrażenie, że dla Hanny, to bardziej przygoda z Michaelem, aniżeli zbrodnicza przeszłość w Auschwitz, oddziałuje na jej powojenną mentalność i życie. Zadziwiające, ale przeraźliwie normalne. Z kolei ponura przeszłość Hanny – po pierwszym szoku dla Michaela, jakim była jej obecność na ławie oskarżonych – rozbudza jego refleksję raczej nad tym, z kim się na chwilę (?) związał, aniżeli nad przeszłością zwyczajnych Niemców. Rolę publicznego głosu sumienia odegrał za to jeden z kolegów Michaela, uczestniczący razem z nim w zajęciach uniwersyteckich. (Choć jakby fanatycznie czy w sposób niezrównoważony emocjonalnie).
„Lektor”, jako film jest dobry sam w sobie. (Powierzchowność dobrze sprzedaje się w kinie). Nie ma w nim intelektualnych męczarni czy patetycznych przesłań, choć może takie flaki niektórzy chcą z niego wyciągać. W rezultacie to tylko naciągana historyjka intymna dwojga niespełnionych kochanków, którzy przez lata tłumią swoje prawdziwe uczucia, jeśli już zrozumiałe, to jedynie im samym.

Brak komentarzy: