sobota, 29 sierpnia 2009

Pamięć po Stutthof

Letnia sobota w Sztutowie. Okolice Bałtyku i Zalewu Wiślanego. Na terenie byłego obozu koncentracyjnego wielu turystów, głównie z Polski. Wakacyjną porą sąsiedztwo nadmorskich kurortów sprzyja odwiedzaniu „przy okazji” i tego miejsca przez wczasowiczów. A być może też malowniczo-sielankowa "oprawa" muzeum pobudza bardziej sentymentalne doznania wypoczynkowe aniżeli "głębszą" refleksję, podpartą martyrologiczną historią. Zresztą, nie do końca wiadomo chyba, czym ta specyficzna refleksja u człowieka winna się na poobozowym cmentarzu odznaczać. Tym bardziej to dyskusyjne w czasach, kiedy pamięć kojarzy się czasem z dyletancką polityką, narzucającą swe motywy wybiórczo i zmiennie, interesownie, ale i w patetycznej oprawie*. Z drugiej strony jednak również uprzednie zwiedzanie podobnych ex-obozów i zainteresowanie tematem, wpływa w pewnym momencie na większą obojętność przeżywania czy wynoszenia wrażeń z takiego miejsca. Wiele haseł "zdobiących" ekspozycje i pomniki w byłych „Stutthofach”, jak te, że „Nie stać nas na powtórkę z historii”, „Pamiętamy, oskarżamy, przestrzegamy” i im podobne, zaczynają jawić się jako przebrzmiałe już, nietrafione albo niezrozumiałe - jeśli celne były w ogóle. Trącące nieaktualnością czasu współczesnego, pozbawione chyba pierwotnej emocji. Może za sprawą zwietrzałej pamięci i braku  ogólnego zainteresowania, może za sprawą "realizmu" w polityce, ale może też w związku z psychologiczną trudnością przyjmowania przez ludzi rozmiarów horroru Konzentrationslager. I pewnie "dzięki" innym jeszcze czynnikom, w odkrywaniu których wykazywać się mogą teologowie, artyści, również blogerzy.
Na myśl mi jednak przyszła w Sztutowie konkluzja Edwarda O. Wilsona. „Wszystkie pokojowo nastawione dziś grupy były w przeszłości niszczycielskie – i nie ma żadnej gwarancji, że znowu się takimi nie staną”. Zaryzykowałbym jeszcze tezę, iż dzieje się tak nie tylko za sprawą wynaturzonej ideologii czy religii. Bo one trafiają ostatecznie na niektóre uwarunkowania ludzkiej natury bądź charaktery specyficznych osób. I wydaje mi się, że jest to konkluzja, wbrew pozorom, bardzo humanistyczna. Dlatego, iż zdystansowana do wiary w wyłącznie błogosławione możliwości homo sapiens, niedowierzająca jego kruchym prawom i kulturze. Człowiek … pojęcie to niekoniecznie brzmi dumnie. (To, co dziś uważa on za wzniosłe, jutro uznać może za głupstwo).
Ale kiedy też patrzę na były Stutthof i czytam o nim, ogarnia mnie niekiedy sarkazm, wywołany współczesnymi wrażeniami dzielonymi przez niektórych opiniotwórców. Już to niektórzy politycy i dziennikarze, już profesja psychologiczna, a za chwilę również może przemysł farmakologiczny, poruszają rzecz zauważalną od momentu wyzwolenia Stutthof: względnie powszechną mianowicie traumę wyniesioną przez Niemców za sprawą II wojny. Pewnie dopadła ona także ówczesnych pruskich mieszkańców terenów, które przylegały do KL Stutthof. Dziwna to moda, choć może nie na dużą skalę. Trauma po rządach nazistów i wojennych wypędzeń tudzież pokoleniowe konsekwencje tego do dzisiaj – dla ich dzieci, wnuków i tak dalej prawdopodobnie – jak jest to sugerowane. Owe "wypędzenie" cywilnych Niemców z terenu Gdańsk-Prusy Zachodnie nosiło kryptonim "Eva-Fall" i było zaplanowane w sztabie namiestnika tej prowincji Alberta Forstera w drugiej połowie roku 1944. Sam Forster traumę "wypędzenia" przeżywał już w kilka miesięcy później na pokładzie przygotowanej specjalnie dla niego łodzi motorowej. Tyle szczęścia nie miało 25 tysięcy śmiertelnych ofiar "ewakuacji" obozu Stutthof i jego filii. Traumę "wypędzeń" poprzedzała – jak wspominają byli więźniowie – zmasowana nienawiść tubylców (choć odwrotne wyjątki też pewnie się zdarzały) do więźniów znajdujących się w obozie i w podobozach. "Wypędzenia" uprzedzone zostały również licznymi korzyściami, jakie w okresie funkcjonowania Stutthofu niemieccy mieszkańcy Reichsgan Danzig Westpreussen wynosili z niewolniczej pracy tych więźniów, którzy „zanim zdechną” powinni być jeszcze zgnojeni. Budowa wałów przeciwpowodziowych, dróg, praca na roli, w fabrykach, dobrodziejstwo zatrudnienia Niemców w rozbudowywanej na tę okoliczność administracji, sprawnie tym zarządzającej. I tak mi się zdaje, że późniejszy strach przed zbliżającymi się Sowietami i odwetem oraz odczuwana trauma lub resentyment (jeśli są autentyczne), nie muszą mieć bezpośrednich podstaw w tych właśnie przeżyciach – nazwanych mistycznie niekiedy "exodusem" – a jeno we wcześniejszej, stłumionej może już pogardzie lub w chłodnej obojętności ambitnych urzędników i pospolitych wieśniaków, względem zniewolonych Untermenschen.

W 70-tą rocznicę utworzenia obozu Stutthof


[*] Poza nią bywają naturalne zachowania, może poniekąd także maskowane. Andrzej Wajda opowiadał kiedyś, że jako współtwórca dokumentu o Auschwitz – w latach 1950-tych – doznał szoku podczas bezpośrednich relacji z byłymi więźniami tego obozu, którzy z pełną żartów swobodą opowiadali auschwitzowe anegdoty: o wydarzeniach i o osadzonych tam ludziach.

Brak komentarzy: