Może niektórzy obywatele mają to samo, co ja. Przynajmniej podczas lektury rozmaitych biografii, niekoniecznie zresztą wielkich ludzi. (Błędem jest twierdzenie, że każda postać historyczna, której poświęca się w literaturze uwagę, była rzeczywiście istotna dla losów Ziemian). Niemniej, stawia się we współczesnych biografiach na szczególne chwile w życiu danego bohatera. Przełomy, wielkie uczucia, porażki, sukcesy, wpływy epoki i otoczenia, widowiskowa śmierć i tak dalej, i tym podobnie. Oczywiście jest to „słuszna linia”, której pominąć niepodobna.
Rzadziej jednak i zupełnie „po łebkach” autorzy skupiają się na rozmaitych nieciekawych momentach faktograficznych. Rozumiem, iż często niejasnych, niełatwych do przeniknięcia. Kiedy na przykład bohater monografii tygodniami lub miesiącami nic nie robił. Przesiedział wówczas ze dwa tygodnie w domu, przechodząc apatię czy jakiś bezsens istnienia. Czytał może wtedy nekrologi z gazet, przypalił garnek, chciał się napić, a nie mógł albo zajął się czymś innym, zupełnie „nieistotnym”. Można by wskazać na wiele tego typu wydarzeń w egzystencji ludzi, co w biografiach zaznacza się właściwie tylko na marginesie, w dwóch podrzędnych zdaniach lub coś w tym stylu. A przecież to one mogły zaważyć niekiedy bardziej na twórczości postaci, aniżeli lepszy czas.
I właśnie, trochę jakby nienormalnie, brakuje mi w literaturze opisu tych nudnych przeżyć, wyjętych z życiorysów upamiętnianych osób. Monotonnych dni lub tygodni przesiedzianych przez człowieka w fotelu. Ukazanych oczywiście proporcjonalnie, aby w ogóle taka biografia nadawała się do sprzedaży i czytania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz