poniedziałek, 5 lipca 2010

Sąsiedzi

Widuję od czasu do czasu na placu zabaw starszego jegomościa z podopiecznym, który opowiada mi różne historie, a ja z ciekawości dopytuję go o dodatkowe fragmenty. Kilka dni temu spytałem o warszawskich Żydów, jak ich zapamiętał – człowiek ten jest rodowitym Warszawianinem. Wspomina ich dobrze, kilka rzeczy na tę okazję mi podał, jedna wszak najbardziej w pamięci mi utkwiła.
Był październik, może listopad roku 1939. Rozmówca mój mieszkał wtedy z rodzicami i rodzeństwem przy ul. Pawiej, w kamienicy, która należała do kupca żydowskiego i posiadacza kilku warszawskich nieruchomości, niejakiego Mendla (nazwisko podaję ze słyszenia, nie gwarantuję jego oryginalnej pisowni zatem). Złożyło się tego pamiętnego dnia, że babcia rozmówcy przebywała z nim i z jego bratem na balkonie, kiedy pod kamienicę podjechał samochód z funkcjonariuszami Gestapo. Babcia – zgermanizowana pod zaborem Polka z poznańskiego, żona Polaka, carskiego pułkownika artylerii – zachowała "zimną krew" i szybko udała się piętro wyżej, aby poinformować Mendlów o zagrożeniu, jakie  przynieść mogła ta niezapowiedziana "wizyta". Zapukała do drzwi sąsiadów. Uchyliła je pani Mendlowa. Babcia mego rozmówcy nakazała jej i pozostałym obecnym w mieszkaniu zejść natychmiast niżej, do siebie. A byli tam wspomniany Mendel i jego żona oraz ich dwie córki. Kobieta ukryła sąsiadów w dwóch masywnych, dębowych szafach w mieszkaniu, które wynajmowała od wspomnianych Żydów jej córka i zięć z dziećmi, a ona sama akurat tam "bawiła".
Niemcy rzeczywiście dotarli do mieszkania Mendlów. Słychać było, iż czegoś szukali, przewracali jakieś meble, zachowywali się głośno. Niczego nie znajdując, zaczęli pukać do drzwi sąsiadów. Dotarli wreszcie do mieszkania, gdzie znajdował się mój rozmówca i jego babcia. Kobieta otworzyła drzwi i płynną niemczyzną powitała gości "Heil Hitler!". Chwila konsternacji wśród gestapowców. Zaciekawieni, spytali jednak, kim pani jest? Kobieta przedstawiła się jako Niemka, pokazała papiery (miała podobno paszport niemiecki) i zaprosiła "gości" do środka. Podała też, że przebywa tu od około miesiąca, ponieważ mieszkanie jej dzieci podczas obrony Warszawy zostało zniszczone, a ktoś z bliskich znalazł przy Pawiej to właśnie, opuszczone, gdzie rodzina się wprowadziła. Niemcy natychmiast wypytali o sąsiada z góry. – Tak – odpowiedziała pani – widywałam kogoś takiego. Zadbany, kulturalny mężczyzna w kapeluszu. – Czy pani wie, że on jest Żydem? – Nie wiedziałam, nic na to nie wskazywało. Gestapowcy dopowiedzieli między sobą, że mógł to być syn starego Mendla. Rozmowa zeszła za chwilę na inne tematy i stała się tak "miła", że zakończyła się przy kawie. Trwało to wszystko jakąś chwilę, w czasie, kiedy czworo Żydów znajdowało się w sąsiednich pokojach – poza salonem – ukryci w szafach. Wreszcie pożegnanie, ponownie wystawione ręce Niemców oraz "gościnnej" pani z pozdrowieniem "Heil Hitler!".
Tego samego dnia, rodzina Mendlów z Pawiej opuściła swój dom, przy pomocy uprzejmej sąsiadki i jednocześnie przedwojennej znajomej. Udali się w kierunku Czerska, gdzie mieli podobno rodzinę lub dobrych znajomych, u których chcieli się skryć. I na tym wiedza mojego rozmówcy o losach wspomnianych Żydów się kończy ...

Brak komentarzy: