"Mengele przywiązywał duże znaczenie do elitarności" – napisali autorzy jego biografii Gerald L. Posner i John Ware. Już jego kolega ze szkoły zauważył, że Josef był "ambitnym, młodym człowiekiem z wielką potrzebą sukcesu [...] Sława była dla niego narkotykiem. Pewnego dnia powiedział mi, że kiedyś przeczytam o nim w encyklopedii".
Jako młodzieniec próbował angażować się społecznie. Wstąpił do Czerwonego Krzyża. Zainteresował się muzyką poważną i sztuką. Napisał bajkę "Podróże do Lichtensteinu". Jego ulubionymi przedmiotami szybko stały się biologia, antropologia, filozofia naturalna, fizyka i zoologia. Późniejsze doktoraty z medycyny i filozofii przyrody wykazały się metodologiczną przyzwoitością, według ówczesnych standardów. W swym Dzienniku zanotował: "Byłem dumny z faktu, że do kontynuowania wielowiekowej tradycji rodzinnej wybrano imię ojca Chrystusa, "Józef". Niemniej – dodawał innym razem – polityczna koncepcja narodowego socjalizmu "stała się wkrótce decydującym czynnikiem w moim życiu". Nie zauważył chyba sprzeczności tych spostrzeżeń. Dialektyka (heglowska) raczej też to nie była.
"Przywiązywał duże znaczenie do elitarności", zatem wykorzystał dziejową szansę po roku 1933. "Choć miał dopiero 27 lat, zdążył już zaskrobić sobie przychylność czołowych lekarzy i ideologów Trzeciej Rzeszy". Profesor von Verschuer, cmokier Adolfa Hitlera, namówił z czasem Mengelego do pracy w Auschwitz, niejako w roli swojego asystenta dla poszerzania własnej pozycji "naukowej". Ściągnął na tę okazję Josefa z frontu wschodniego, gdzie jako lekarz jednostek SS-Wiking, Mengele wykazał się animuszem: podczas ostrzału wyciągnął z płonącego czołgu dwóch żołnierzy.
Ale w życiu prywatnym, związanym z własnym "ego", zdarzały się Mengelemu słabostki. Podobno lubił przeglądać się w lustrze, podziwiając swe ciało do tego stopnia, że nie pozwolił, aby wytatuowano mu pod ramieniem grupę jego krwi, co było obyczajem SS. (Dla ciekawostki: z innych przyczyn owego tatuażu nie posiadał także pierwszy komendant obozu Auschwitz-Birkenau Rudolf Höss). Nie obyło się też bez kompleksów. Mengele liczył sobie "tylko" 172 cm wzrostu (niewiele, jak na rasowego pana) oraz nie przepadał za swoją karnacją, zbliżoną do ... cygańskiej.
Opuszczał Auschwitz przygnębiony, po 21. miesiącach niedokończonej pracy. Powojennej ucieczce do Ameryki Południowej, pod nazwiskiem Fritz Hollmann, towarzyszyło dalsze załamanie nerwowe i frustracja. Uważał, iż jego zaangażowanie na rzecz "ocalenia swojego kraju przed zniszczeniem go przez Żydów" zostało niesprawiedliwie odrzucone. I tak zostało mu już do końca. Niczym gwiazdor-megaloman na tournee po Argentynie, Paragwaju i Brazylii, "potrafił – wspominał jeden z opiekujących się nim "menadżerów" – doprowadzać ludzi do szału". Nie dotarło pod skorupę jego czaszki, iż jako człowiek całkowicie uzależniony od sponsorów, mógłby im okazywać czasem szacunek. A zgorzknienie rosło. Pod koniec życia nie miał się czym pochwalić nawet przed swym synem, Rolfem. Przecież "to nie on [Mengele] stworzył Auschwitz!" – wykrzykiwał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz