Chwilę temu media wspomniały, że negacjonista David Irving zorganizować miał swoje „tournee” po byłych niemieckich obozach zagłady w Polsce. Do końca nie wiem, czy do takowego przedsięwzięcia rzeczywiście doszło, czy pojawił się on w Treblince i w Oświęcimiu. Wiadomo jednak, iż w Warszawie odbył się tajny wykład Irvinga o tym, co myśli w kwestii holokaustu. Irving jest między innymi piewcą hipotezy, według której w Auschwitz-Birkenau zgładzono około 300 tysięcy Żydów (oficjalne statystki szacują tę liczbę na 900 tysięcy do 1 miliona pomordowanych). Większość Żydów podobno – zdaniem Irvinga – poniosła śmierć w wyniku pogromów dokonywanych przez tubylczą ludność i podczas akcji specjalnych oddziałów SS w terenie, poza obozami zagłady. Skandal, profanacja? Nie mam wystarczającej wiedzy na temat poglądów Irvinga, aby się tu wymądrzać. Mam tylko odmienne zdanie.
Niemniej, nie tak dawno również, pojawił się hałaśliwy entuzjazm wobec innego historyka, który ogłosił między innymi, że „Holokaust, Zagłada Żydów, dokonał się wśród polskiego społeczeństwa, przy świadkach z pokolenia naszych rodziców i dziadków, na oczach biorących w niej udział na różne sposoby „tłumów gawiedzi”. I to nadaje Zagładzie w Polsce zupełnie inne znaczenie, szczególnie dla zrozumienia stosunków polsko-żydowskich, niż gdyby masowego morderstwa na Żydach dokonano (jak się powszechnie uważa) dyskretnie w intymnej atmosferze komór gazowych, krytych ciężarówek i leśnych ostępów”.
Jest to teza wyjęta ze „Strachu” Jana Tomasza Grossa. Przynajmniej w tym poglądzie Gross zdaje się być bliski Irvingowi. Jeśli Zagłada Żydów odbyła się na masową skalę pośród polskiego motłochu i za jego sprawą, nie zaś w sposób przemysłowy – „jak się powszechnie uważa” – to owe 300 tysięcy ofiar komór gazowych według Irvinga wydaje się być niejako kompatybilne w zachwycie nad Grossem. Wniosek: negacjonizm może przybierać różne formy (?).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz