czwartek, 5 lutego 2009

"Zostawcie Titanica"



Jak donosi Kopalniawiedzy.pl, odwołując się do badań ludzi nauki, na transatlantyku "Titanic" zginęli pasażerowie wyselekcjonowani. I to, wyselekcjonowani kurtuazyjnie. Charakterystyczną grupę ofiar stanowili bowiem podczas katastrofy brytyjscy dżentelmeni, kultywujący dobre maniery. Mieli oni – zdaniem autorów raportu, ekonomisty z Zurychu i psychologa z Queensland – o 10 procent niższe szanse na przetrwanie w stosunku do obliczonych wyników „dla innych nacji”. Bo, przykładowo, obywatele Stanów Zjednoczonych, przewyższali już arystokratów ze Zjednoczonego Królestwa 12-toma punktami szans na przeżycie (Amerykanom brakowało ogłady i wyróżniała ich cecha przedsiębiorczości). Również większe możliwości ocalenia miały panie, głównie te w wieku reprodukcyjnym oraz dzieci i mężczyźni z dziećmi (co pokazał już wcześniej w filmowym obrazie James Cameron). W tej ogólnej segregacji największe prawdopodobieństwo dostania się do szalupy posiadali ludzie bogaci. Badania zachowań pasażerów Titanica tudzież ich skutków, posłużyć mają refleksjom i wnioskom nad dzisiejszymi standardami procedur ratunkowych oraz rozpoznaniu prawideł ludzkiej paniki.
Niestety, nie podano wszystkich szczegółów metody zastosowanej przy tym badaniu „empirycznym”. Nabyty jednak przez czytanie prasy sceptycyzm podpowiada, że tezy z niej wyciągnięte mogą stanowić kolejną wiedzę, której nie da się jednakowoż potwierdzić i zaprzeczyć. Tym bardziej, iż wnioski badawcze dotyczą analizy socjologicznej ludzi nieżyjących. Nie obronią się oni i nic nie wyjaśnią. Stanowią zatem, okropnie to zabrzmi, „wdzięczny” „materiał” do obserwacji i wniosków. A wątpliwości może być wiele, jak się ma na przykład specyfika pasażerów z roku 1912. do dzisiejszych turystów, choćby pod względem dobrego wychowania?
Nośność tego badawczego przedsięwzięcia czerpać może z masowej znajomości loga „Titanic”, za sprawą komercyjnych produkcji, jak właśnie film Camerona, czy sensacyjne na temat katastrofy teoryjki, co jakiś czas puszczane w obieg. 
W błyskotliwej więc analizie, zwrócono uwagę na cechę chyba stereotypową klasy próżniaczej, którą Veblen określił mianem tyrańskiej zasady przyzwoitości. Ale obawiam się, że podany wyżej paradygmat jest dość słaby i trudno weń uwierzyć, nawet, gdy stoją za nim analizy psychologiczno-ekonomiczne. Hipotezy te więcej może mówią, dlaczego typ brytyjskiego dżentelmena wymarł lub został zastąpiony przez inny ideał - amerykańskiego ducha przedsiębiorczości (samych uratowanych interesantów z Titanica dopaść jednak mogła zapaść giełdowa z roku 1929 – znów coś z Camerona). Johan Huizinga w "Jesieni Średniowiecza" podał do dyskusji brzmiąco podobną tezę, według mnie dość wątpliwą, wedle której chrześcijanie przegrali krucjaty w ziemi świętej za sprawą własnego etosu rycerskiego, który wykluczał posunięcia nie fair play na polu bitwy.
Sami już charakteryzatorzy "dżentelmeństwa" (przywoływani choćby przez Ossowską w "Ethosie rycerskim") zasadniczo utrzymują, że szczytne zasady miały zwykle formę postulatywną. W rzeczywistości przedstawiciel nobility okazywał się być ukrytą świnią. Może więc, jeśli już coś zadecydowało o pozostaniu dżentelmena na pokładzie tonącego Titanica, to raczej pogarda dla niebezpieczeństwa - sama w sobie - będąca przeciwieństwem obciachu, zachowań "chama". Jak pisał Mauorois (cytuję go za Ossowską), "gardzić niebezpieczeństem [...] to w oczach Anglików nie jest nawet aktem odwagi. To po prostu należy do dobrego wychowania". Nie była to jednak obyczajowa grzeczność, jaka wymuszała na przykład przepuszczanie kobiet i dzieci przodem, dla samej kurtuazji (bo tak wypada). Dżentelmen wykazywał nonszalancką postawę wobec sytuacji granicznej, z typową dla siebie maską, jeśli nawet zakładana była ona na okoliczność śmierci. Dżentelmeństwo opierało się na pewnym paradoksie, na efekcie świadomej improwizacji. Veblen w „Teorii klasy próżniaczej” potraktował wskazaną grupę, jako środowisko ludzi bez skrupułów. Jego chłodna ocena postaw dżentelmeńskich "świadczy o panowaniu w tej społeczności bezwzględnych metod walki i całkowitego nieliczenia się jednostek bądź grup z interesami innych jednostek i grup". A "uciekanie się do oszustwa czy podstępu w każdej formie, pod każdą "pokrywką" zwyczajową lub prawną, jest przejawem postawy "wąskoegoistycznej". Te właśnie „cechy barbarzyńskie" tworzyły, zdaniem Veblena, dżentelmeńską mentalność. Nie stereotypowe uprzejmości zatem.
Oczywiście, jak sam tytuł przywołanej książki wskazuje, jest to teoria. Ale w realiach mieści się spostrzeżenie, że takimi są tendencje i możliwości czysto ludzkie. Zatem, ani wyćwiczenie w procedurach savoir vivre (zresztą podręczniki dobrego wychowania zdaje się nie traktują o dobrych manierach podczas kataklizmów), ani ideał honoru czy imperatyw odwagi, nie znaczą zwykle wiele wobec instynktu samozachowawczego. Inaczej też chyba objawia się ten ostatni u starca aniżeli u dwudziestoparolatka, przed którym "całe" życie.
Powątpiewam przeto, aby o takim "wyborze" ofiar na "Titanicu" decydować miały grupowe konwenanse (choćby odwołujące się na bohaterską tradycję przodków) bądź ładne zachowanie. Przeważyła raczej panująca na pokładzie szczególna sytuacja, trudna do opisania, której można jednak się domyślać. Jak pisał Chesterton, niedługo po tragedii transatlantyka, "teraz, gdy są martwi, pasażerowie Titanica są nawet bardziej od nas rzeczywiści. Poznali przed śmiercią coś, czego nigdy nie dostrzegają politycy ani media – ujrzeli, z czego naprawdę ulepiony jest człowiek i co w ludzkiej naturze jest najlepsze i najgorsze. My tymczasem nieraz widujemy tylko zimną, małostkową niezdolność, by ogarnąć to wyobraźnią. Ta niezdolność wychodzi na jaw co krok, nawet w wypowiedziach o tragedii Titanica".
Chesterton jest tu zresztą całkiem do rzeczy, kiedy nawet dyskutował z poglądem "krytyki feministycznej", wedle którego "mężczyźni [z "Titanica"], którzy oddali kobietom szalupy ratunkowe i sami zostali na tonącym statku, nie zasługują na żadne uznanie, bowiem na morzu "jest taki przepis". Chesterton daje temu zdroworozsądkowy odpór: "Kilkuset mężczyzn znalazło się między życiem a śmiercią. Powinni zdobyć się na to, by wybrać śmierć, bo życie w tej sytuacji było diabelską pokusą. Co też ów "przepis" mógł uczynić ludziom w tak ekstremalnym położeniu? […] Wydarzenia są kształtowane przez ludzką wolę, a nie przez gładkie słowa".
Pozostaje banalny wniosek. Sytuacje skrajne (zresztą nie tylko takie) wypada w interpretacjach traktować z ostrożnością, a naszą kruchą kulturę odbierać z dystansem.

Brak komentarzy: