Ukazała się niedawno, przetłumaczona z francuskiego, książka Anny Sam „Udręki pewnej kasjerki”. Rzecz o absolwentce literatury, która przepracowała osiem lat przy kasie w hipermarkecie. Publikacja ta wywołała już wcześniej, a w Polsce obecnie, dość marginalną debatę osób oczytanych, które tym sposobem dowiadują się o „urokach” pracy w sieci handlowej. Przy okazji, każdy może z tej prozy wziąć coś dla siebie, jak na przykład zawodowe feministki uwypukliły, iż nieszczęście dotyczy kobiet, bo one głównie obsługują kasy hipermarketów. No i wiadomo, książka wychodzi na ideologiczną. Co osobliwsze jednak, obecność tej lektury wykazuje, że to, co dzieje się z pracownikami w sieciach handlowych, ludzie przeżywać mogą intelektualnie. Znaczy się apriorycznie. Recenzje, internetowe czy radiowe debaty dobrze tę przypadłość demonstrują.
W oparciu o powyższe, mam wrażenie, iż niektórzy zachwyceni „Udrękami pewnej kasjerki” spoglądają „na żywe” „zjawisko” w sklepie z perspektywy efektownej książki. Mogą się jednak szybko zawieść rzeczywistością albo … niczego nie zrozumieć. Dlatego, że ich zauroczenie wzbudza – używając określeń recenzentów – „dowcip i lekkość bystrej obserwatorki” Anny Sam, nie zaś widok, czasem może pogawędka ze „zwykłą”, zmęczoną natłokiem ludzi kasjerką. Niestety, ta ostania niekoniecznie już „bywa nieprzyzwoicie zabawna” tudzież w anegdotach błyskotliwa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz